Zimny wiatr zmierzwił mi włosy. Poczułam, że dostaję gęsiej skórki. Zaczęłam trząść się lekko od zimna i zgrzytać zębami.
Niebo było wyjątkowo ciemne. Chmury zasłaniały wszystkie gwiazdy, a księżyc świecił bladym światłem. Dookoła panowała cisza i spokój. Tylko lekki wiatr czasami poruszał gałęzie dużych drzew.
Powoli zaczęłam wątpić. Chciałam się zawrócić, ale gdy pomyślałam o liście, coś lekko we mnie drgnęło i nakazało mi zostać. Czekałam na skraju lasu i wpatrzona w piętrzącą się przede mną ścianę drzew, wyjęłam różdżkę.
-Lumos - szepnęłam.
Światło dodało mi trochę pewności, ale poczułam się z nim bardziej widoczna. Jeszcze tylko kilka minut, a przysięgam, że po prostu odejdę.
Nagle zza jednego wielkiego dębu, wyszedł ubrany w ciemne szaty, czarodziej. Trzymał przy sobie zapaloną różdżkę. Kiedy mnie zobaczył, przystanął lekko zdziwiony i podniósł różdżkę do góry. Oślepiające światło padło na moją twarz. Chciał sprawdzić moją tożsamość.
Wiedziałam jednak, że od razu mnie rozpoznał. Tak jak ja, rozpoznałabym go. Chciał się tylko upewnić.
Mierzyliśmy siebie wzrokiem. Jego ciemne tęczówki, wyglądały jeszcze bardziej przerażająco, gdy oświetlone były różdżką.
-Co tu robisz? -spytał w końcu.
-Dostałam list - powiedziała niepewnie.
Może powinnam zostawić ten fakt dla siebie?
-List? -spytał zdziwiony.
Chciał mnie minąć, uciec, ale ja pośpiesznie dodałam:
-Wiesz, że nie wychodziłabym z zamku w taki ziąb, gdybym nie miała do ciebie sprawy.
Chłopak przystanął, ale nie odezwał się przez dłuższą chwilę. Gdy tak na mnie patrzył, poczułam, że mam ściśnięte gardło i nic więcej nie mogę powiedzieć.
Patrzyłam na kogoś tak mi bliskiego, ale jednak... tak odległego. Czy to nie dziwne? Czy to nie straszne?
-Czego ode mnie chcesz? -zapytał beznamiętnym tonem.
Odczułam silny ból w klatce piersiowej. Nie powinnam go odczuć, minęło już tyle czasu, a on wyrządził mi tak wiele zła.
Ale kiedyś go kochałam.
Otrząsnęłam się z tej przerażającej myśli i mruknęłam niepewnie:
-Boję się o ciebie.
-Ty ? O mnie ?
To już koniec - uraziłam go. Wyglądał jakby został spoliczkowany.
-Nasze drogi dawno się rozeszły. Nie sądzę, żeby któremukolwiek z nas zależało na drugim... więc nie udawaj.
Minął mnie. Jego ciemna szata powiewała lekko na wietrze. Nie odwrócił się, tylko odszedł.
-Naprawdę się o ciebie boję, Severusie.
***
Mimo że wszystko dookoła budziło się do życia i aż krzyczało " świat jest piękny", wśród Gryfonów panowała napięta atmosfera.
Lizzy nie odzywała się do Blacka. Na początku próbował ją zaczepić, porozmawiać, przeprosić, potem i on dał spokój. Przynajmniej tak to wyglądało. Lizzy natomiast cały czas traktowała go chłodną obojętnością. Wiedziałam, że w środku krzyczy i widząc jak spokojnie mówi mu "Zostaw mnie w spokoju, Black", byłam pod ogromnym wrażeniem jej siły. Nie wiem czy udałoby mi się tak samo traktować osobę, która mnie zdradziła, upokorzyła, zostawiła.
Tego dnia mieliśmy dużo pracy, nauczyciele bardziej się za nas wzięli, tak że po godzinie z McGonagall miałam dość. Kiedy wyszłam na błonie, zobaczyłam Huncwotów w komplecie. Nie chciałam zostawiać Lizzy, ale ona, zobaczywszy za czym podążył mój wzrok, powiedziała:
-Leć, pójdę z Olivią do biblioteki.
Chciałam ją zatrzymać, ale uśmiechnęła się tylko i uciekła. Podeszłam do chłopaków i położyłam rękę na ramieniu Jamesa. Drgnął zaskoczony, ale zamiast się wyrwać, złapał moją dłoń i przyciągnął do siebie.
-Ej, tylko bez takich ! Nie mam zamiaru tego oglądać ! - krzyknął Peter.
James zmierzył go wzrokiem i zaśmiał się tak, że poczułam, że i mi udziela się jego wesołość.
Tylko Syriusz siedział trochę dalej, nie przyłączył się do przyjaciół i na dodatek wciąż patrzył na mnie wyzywająco. Był na mnie zły, myślał, że to ja namawiam Lizzy do tego, by z nim nie rozmawiała. James podsunął mi to, kiedy rozmawialiśmy ostatnio.
Zadrżałam, widząc wściekłe spojrzenie Syriusza. Wiedziałam, że ledwo panuje nad sobą, by nie nawrzeszczeć na mnie. Rozumiałam jego złość, ale i tak się go bałam.
-James, może... -zaczęłam.
W tym momencie niedaleko nas pojawił się Snape wraz z kilkoma Ślizgonami. Black spojrzał na nich zadowolony i wstał. Zamarliśmy wszyscy.
Grupka kumpli Severusa, szybko się rozbiła, tak że został sam. Syriusz uśmiechnął się do siebie i wyciągnął różdżkę.
-Nie... - chciałam krzyknąć, ale z moich ust wydobył się tylko cichy szept.
-Lily, zostaw...- powiedział James, próbując mnie powstrzymać.
Chciałam wstać, odebrać Blackowi tą cholerną różdżkę, powiedzieć, żeby tego nie robił. James przytrzymał mnie za nadgarstki, a ja próbowałam mu się wyrwać.
-Puść mnie ! - warknęłam.
-Black jest wściekły... Musi...
Parsknęłam głośno. Wiedziałam, że każda chwila się liczy. Kątem oka zobaczyłam, jak Black rozmawia z Severusem.
-Musi : co ? Odreagować? Pobawić się? To chciałeś powiedzieć? - zobaczyłam złość, zdziwienie i lekki niepokój w jego oczach.
-Czemu ty zawsze musisz go bronić ?! - krzyknął Potter.
Czułam jak Remus i Peter odsuwają się od nas, jak wszyscy próbują uciec od tego co tu się działo. Natomiast ja nie miałam pojęcia co mam powiedzieć, co mam ze sobą zrobić. W końcu wycedziłam:
-Nie ważne, czy to Snape, czy inny słabszy uczeń. Nie będę patrzeć, jak Black bawi się kimś, na naszych oczach! Nie jestem tobą !! - cała złość jaką w sobie zebrałam, upłynęła szybko wraz ze słowami.
Potter puścił mnie i warknął:
-A więc idź ! Ratuj sobie Smarkerusa ! W końcu jest twoim ukochanym przyjaciele, tyle dla ciebie zrobił.
Zrobiło mi się słabo, pod wpływem słów, wypowiedzianych przez Pottera. Jak on mógł? Jego twarz była beznamiętna, ale z oczy wyczytałam, jak bardzo jest zły.
Odepchnęłam go i wstałam pośpiesznie. Snape rzucał jakieś zaklęcia na Blacka. Dookoła nich utworzyła się grupka fanów Syriusza, która krzyczała :
-Dowal mu ! Dawaj BLACK !
Niedaleko siedział Remus. Patrzył na to wszystko z obojętnością. Peter zniknął gdzieś w tłumie. Pewnie też chciał dopingować Syriusza. Chwiejnym krokiem podeszłam pod nich i już miałam krzyknąć, żeby przestali, kiedy nagle obok mnie pojawił się Even.
-Czyżby jakieś młodzieńcze spory? O kogo się biją ? O ciebie?
Nie wiem czy żartował, kpił czy mówił poważnie. Nie bardzo mnie to w tej chwili obchodziło. Nie obchodziło mnie też, dlaczego znowu jest w Hogwarcie i czemu tak po prostu stoi i się na to wszystko patrzy.
On jednak, jakby czytając moje myśli, ruszył truchtem na pole bitwy.
-PRZESTAŃCIE ! - krzyknął władczym głosem.
Wszyscy zamarli. Większość pewnie nie wiedziała, kim jest ów przybysz w ciemnych szatach. Może tylko ja wiedziałam, że jest on aurorem i pilnuje mugolskich rodzin uczniów Hogwartu.
-Expelliarmus - krzyknął i pozbawił Snape'a i Blacka różdżek.
-Proszę się rozejść, przedstawienie skończone ! A wy - tu wskazał na walczących.- macie natychmiast iść do gabinetu pana dyrektora.
Severus zaczął protestować, a Black spojrzał na Evena z pogardą i powiedział:
-A co jeśli nie pójdę?
Even wydawał się być zaskoczony, ale powiedział spokojnie:
-Wtedy będę musiał użyć siły, Black. A wtedy nawet twoja kochana mama się o tym dowie.
Syriusz zamarł. Wyglądał, jakby dostał w twarz. Już chciał coś powiedzieć, ale Even odwrócił się do niego i spojrzał na mnie:
-Kazałem się rozejść !
***
Przerwa świąteczna nadeszła bardzo szybko. Byłam szczęśliwa, że chociaż na kilka dni będę mogła odpocząć od tego wszystkiego. Potter nie odzywał się do mnie, cały czas mnie ignorował, więc ja nie pozostałam mu dłużna.
Po raz pierwszy, żegnałam się z zamkiem z pewną ulgą i radością. W końcu będę mogła odpocząć i zastanowić się nad tym wszystkim.
Święta Wielkanocne spędziliśmy po mugolsku, jakkolwiek by to zabrzmiało. Oczywiście Petunia po kilku dniach, stwierdziła, że nie ma zamiaru spędzić całej przerwy w domu i wyjechała do jakiejś koleżanki w Edynburgu. Mama płakała i pytała nas dlaczego nie możemy przeżyć chociaż jednych świąt wspólnie.
Tato natomiast, przyjął to wszystko ze swoim zwykłym spokojem, jakby było mu wszystko jedno. Może nawet gorzej - jakby lepiej mu było bez Petunii.
Zostały dwa dni do końca przerwy, więc wybraliśmy się z tatą do Londynu na zakupy. Mama wołała zostać w domu, gdyż dzisiaj miał nadejść tak oczekiwany powrót Petunii.
Z obładowanym bagażnikiem, wracaliśmy do domu. Tak przynajmniej myślałam. Tato w ostatniej chwili zmienił zdanie.
- W domu będzie Petunia, a mama chyba wolałaby mieć trochę spokoju.
-Och... - zrozumiałam o co mu chodzi.
To miłe z taty strony, że chciał podarować choć jeden spokojny dzień tych świąt dla mamy, ale zabolało mnie to, że to ja muszę się usuwać z drogi do jej szczęścia.
-Co myślisz o ciotce Podde? Ma swoje lata, może czas by ją odwiedzić.
Zaskoczona przyjęłam tą propozycję. Nie byliśmy u starej ciotki już od kilku lat. Nawet nie pamiętam jak dokładnie wyglądała.
Ciotka mieszkała w Cambridge. Tato doskonale wiedział, że zbaczamy bardzo z drogi.
-A co z mamą?
-Mówiłem jej, że może skoczymy dzisiaj do cioci.
-A co z mamą?
-Mówiłem jej, że może skoczymy dzisiaj do cioci.
Do ciotki zajechaliśmy przed 16. Jej dom był nieduży, zadbany, a na podwórku rosło mnóstwo kwiatów. Jak u babci, której nigdy nie znałam.
Zaparkowaliśmy obok domku i wyszliśmy z samochodu. Czułam, że mi nie dobrze- nienawidziłam długi podróży małym samochodem, w którym zawsze było duszno i dziwnie pachniało. Nogi miałam jak z waty, tak że tato musiał mnie przytrzymać, żebym nie upadła.
-Dobrze się czujesz? - zapytał.
-Tak, to po podróży.
Kiedy weszliśmy do jej domku, poczułam dziwny zapach, którego nie znałam. Wstrzymałam się od zatknięcia sobie nosa. Ciocia Podde wyglądała bardzo staro. Miała siwe, krótkie włosy, pomarszczoną twarz i poorane bliznami ręce. Przytuliłam się do niej i zaśmiałam się, kiedy powiedziała:
-Moja mała Lily. Tak dawno cię nie widziałam.
Weszliśmy do środka. Wyczułam czyjąś obecność : ciocia nie była sama.
-Wpadliście tak nagle, przepraszam, ale mam gościa.
Gościa? Kto to mógł być? Spojrzałam na tatę, chciałam dać mu znak, żebyśmy się zmywali. Skoro ciocia nie ma dla nas czasu, może lepiej wpaść kiedy indziej.
Weszliśmy do dużego salonu. Kiedy go zobaczyłam, rozdziawiłam buzię w zdziwieniu.
-Potter? A co ty tutaj robisz? - pisnęłam.
James siedział w niedużym fotelu, miał na sobie jasną koszulę, a pod nią T-shirt. Jego włosy jak zwykle sterczały w różne strony, jakby w ogóle się nie czesał. Poprawił okulary i wstał. Od razu przypomniałam sobie o ostatnich wydarzeniach i zamiast po prostu podejść pod niego, stanęłam przy tacie i zmieniłam wyraz twarzy na pogardliwy.
-To wy się znacie? - zapytała ciocia.
-T-tak.
James podszedł pod mojego tatę i powiedział:
-Dzień dobry. Nazywam się James Potter, chodzę z Lily do Hogwartu.
Tato uścisnął jego dłoń i powiedział:
-Miło mi.
Cała ta sytuacja była ekstremalnie dziwna. W końcu usiedliśmy wszyscy, a ciocia Podde wyjaśniła nam, że zna rodziców Jamesa, a on przyjechał do niej, żeby sprawdzić jak się czuję.
-Jesteś chora, Amelio ? - zapytał tato.
-Nie, nie... To tylko przeziębienie, ale już czuję się lepiej.
Nie mogłam tego znieść. Powiedziałam, że źle się czuję po podróży i muszę się przewietrzyć. No tak, tato, dziwaczna ciotka i Potter w jednym pokoju. O takiej sytuacji można pomarzyć!
-Nie wypada tak nagle uciekać. - usłyszałam jego głos, gdzieś za mną.
-Nie mów mi co wypada, a co nie, Potter.
Potter. Tak dawno nie mówiłam do niego po nazwisku, że się odzwyczaiłam.
Stanął obok mnie. Widziałam, że także wpatruje się w domki na wzgórzu. Nie odzywałam się i on też.
-Będziesz się tak na mnie złościć cały czas?- spytał ze śmiechem.
Nienawidziłam tego, że w tak łatwy sposób mówił o tym wszystkim... że dla niego to wszystko jest śmieszne.
-Zasłużyłeś sobie na to.
-Więc nie wybaczysz mi ?
Zadrżałam.
-NIE ! - krzyknęłam wściekła.
-Twój błąd -mruknął.
To zdarzyło się tak szybko. Nagle złapał mnie wpół i otworzył pośpiesznie drzwi do jakiegoś samochodu. Zaczęłam wrzeszczeć, żeby mnie puścił.
Wrzucił mnie( dość niedelikatnie ) na tylne siedzenia i szybko zamknął drzwi. Zanim zdążyłam się zorientować, on usiadł na miejscu kierowcy.
-Potter! Co ty wyprawiasz ?
Chciałam otworzyć drzwi, ale on raptownie ruszył. Mimo że był to bardzo stary i niezbyt dobry samochód, szybko rozpędziliśmy się i ruszyliśmy w drogę.
-Potter ! Ty... potrafisz prowadzić?
-Nie takie rzeczy się w życiu robiło, Liluś.
-Nie nazywaj mnie tak. Zatrzymaj się. Gdzie ty w ogóle jedziesz ?
-Przed siebie.
Pędził niebezpiecznie po wąskich uliczkach. Wstałam i szybko przesiadłam się na miejsce z przodu.
-Wiem, tu są lepsze widoki... - mruknął i uśmiechnął się.
-Zatrzymaj się.
-Nie.
-Zatrzymaj się.
-Jesteś nudna, Lily.
-Och ! - krzyknęłam, kiedy skręcił raptownie w jakąś boczną uliczkę.
-Czy ty chcesz nas zabić ?- pisnęłam.
Potter uśmiechnął się krzywo.-Oj, Lily, ty to masz pomysły. Zabieram cię na przejażdżkę...
-Chciałeś powiedzieć : porywam.
James uśmiechnął się jeszcze bardziej irytująco.
-Co za różnica?
Jechaliśmy coraz szybciej, ale James widząc moją minę zwolnił. Nie lubiłam samochodów. Moja rodzina należała do tych nielicznych, które miały całkiem dobry samochód, ale ja i tak nie lubiłam do niego wsiadać. Tak samo nie lubiłam latać.
-Czemu się nie odzywasz ? Jestem pod wrażeniem, nie wrzeszczałaś na mnie AŻ minutę.
Nadal się nie odzywałam. Niech sobie jedzie, mnie to nie obchodzi.
-W końcu znudzi ci się dokuczanie mi.
-Nigdy mi się nie znudzisz, Lily - odpowiedział, a jego ręka powędrowała do mojej.
Odsunęłam się.
-Cały czas o tym myślisz.
-Bo mnie to boli -odpowiedziałam szczerze.
Widziałam jak jego mięśnie się napinają i zagryza usta. Poczułam, że znów przyśpieszyliśmy.
-Nie mogę udawać, że go nie znam. Nie po tym wszystkim...
Jechaliśmy jeszcze kilka minut pod górkę, a potem znów pędziliśmy po prostej szosie.
-Mogłabym wiedzieć, gdzie mnie wywozisz?
-Niespodzianka.
-Skąd znasz panią Podde? - zapytałam.
Spojrzałam na niego ukradkiem. Okulary przekrzywiły mu się lekko, tak że miałam ochotę zbliżyć się i mu je poprawić.
-Dla mnie zawsze była ciocią Podde, ale w przeciwieństwie do ciebie, nie łączą mnie z nią żadne więzy krwi. Moja mama od zawsze się z nią przyjaźni. Często mnie do niej wysyła, żebym sprawdził, czy wszystko u niej dobrze.
-To...hm, miłe.
-Dostałeś się tutaj samochodem?
-Tak, pożyczyłem go od mojego wujka - kocha mugoli. Cały czas kupuje sobie różne mugolskie rzeczy.
Jechaliśmy kolejne kilkadziesiąt minut w zupełnej ciszy. Napawałam się widokiem okolicznych krajobrazów, łagodnych pagórków i starych wsi, a James w skupieniu przypatrywał się drodze.
W innych okolicznościach to mógł być romantyczny wypad. Ale nie dzisiaj. Nie teraz.
Wciąż byłam na niego zła i szczerze mówiąc nie miałam zamiaru mu tego tak łatwo wybaczyć. Potrzebowałam czasu. Nie wiem, czy to była błahostka - niektórzy mogą tak pomyśleć, ale ja po prostu usilnie utrzymywałam się w złości na Pottera. Nie wiedziałam, czy Severus jest tego wart.
Jest... zawsze był- podpowiedział mi cichy głosik w głowie.
Kazałam mu się przymknąć.
Kiedy w końcu dojechaliśmy było już bardzo późno. Dookoła robiło się ciemno, ale wciąż było na tyle widno, żeby widzieć co mnie otacza.
Potter wysiadł pierwszy, a ja za nim. Poprowadził mnie na wzgórze. Szliśmy kilka minut, a kiedy już doszliśmy, byłam cała zasapana.
Ale warto było. Staliśmy na niedużym wzgórzu, a pod nami rozpościerała się wioska. Małe chatki, oświetlone ciepłymi światłami, wyglądały bajkowo.
-Spójrz - szepnął Potter.
Podążyłam za jego wzrokiem i popatrzyłam na niebo. Nagle zrozumiałam o co mu chodzi. Ze wszystkich stron zlatywały się postaci na miotłach i lądowały na polu za wsią.
-Ci ludzie ich nie widzą ? - zapytałam, wskazując na jakiś przechodniów na dole.
-Nie... nie dzisiaj.
-A co jest dzisiaj?
James przysunął się bliżej mnie, a ja poczułam ciepło bijące od jego ciała. Nagle strasznie zapragnęłam go dotknąć, przytulić, powiedzieć, że wybaczam to jak się zachował. Ale objęłam tylko swoje ramiona i zadrżałam z zimna.
-Zlot czarownic - powiedział, a ja poczułam, że jeszcze bardziej drżę. - Zimno ci ?
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, on już zdjął z siebie bluzę i nałożył mi na ramiona. Byłam w cienkiej, letniej sukience. Wiedziałam, że jest ona nieodpowiednim strojem na taką pogodę, ale nie wiem co we mnie wstąpiło.
-Zlatują się i co?
James zaśmiał się.
-A kto to wie ? Może imprezują ? Nie wiem. To taki stary zwyczaj, te zloty. Kobiety zbierają się wokół ogniska i palą swoje miotły.
-Jak więc wracają do domów ?
-To kolejne pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Można tylko przypuszczać, że nie łapią stopa. To musiałoby wyglądać trochę dziwnie, nie uważasz ? Rankiem tysiące kobiet w pelerynach stoi na ulicy i macha do przejeżdżających samochodów.
Uśmiechnęłam się lekko. Staliśmy tak blisko siebie, że ciężko mi było skupić się na czymś innym.
Oglądaliśmy wspaniałe, czarne niebo, które wciąż przedzierały postaci na miotłach.
-Mój tato... - wyszeptałam nagle.- On będzie się martwił.
-Powiedziałem mu, że porywam cię na kilka godzin, ale masz rację - powinniśmy już wracać.
Razem wróciliśmy do samochodu. Wtuliłam się w jego bluzę i zatraciłam się w jej zapachu.
Kiedy odpalił, poczułam okropny żal, że nie mogę dalej oglądać nadlatujących czarownic.
James zapalił światła, na drodze było strasznie ciemno. Jechaliśmy powoli, wydawał się być ostrożniejszy.
-Właściwie to trochę dziwne, że umiesz prowadzić...
-Nie pytaj jak się nauczyłem... To dość śmieszna, ale też straszna historia.
-Hmm, ale nie masz prawka? Jak nas złapią mugole?
-Mugole? Oni nic nie widzą...
Robiło się coraz bardziej zimno. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je ramionami. Mimo że było mi z Jamesem dobrze, chciałam już wrócić do domu. Miałam ochotę rzucić się na łóżko i zasnąć na kilka godzin. Przerażała mnie myśl, że dzisiaj nie będę spać w swoim łóżku - nigdy nie mogłam zasnąć, kiedy byłam u kogoś innego.
-Wracasz do domu czy zostajesz u cioci Podde?
-Miałem zostać, ale teraz nie wiem.
Zrozumiałam, że chodzi mu o mnie i tatę. Odwróciłam wzrok. Samochód zaczął wydawać dziwne dźwięki. Najpierw nie zwracałam na to uwagi, ale potem odgłosy nasiliły się i nawet Potter to zauważył.
-Co się dzieje ? -zapytałam.
Samochód padł. Nie wiem jak to się stało - jechaliśmy, ale on zwalniał i zwalniał, aż w końcu "złapał ostatni oddech" i zgasł. James próbował kilka razy odpalić, ale samochód nawet nie drgnął.
Wystraszyłam się, bo wiedziałam, że nie zna się zbyt dobrze na samochodach. Co prawda potrafił jeździć, ale nie byłam pewna czy uda mu się coś naprawić. On chyba też tak pomyślał, bo spojrzał na mnie.
-Nie wiem czy się śmiać czy płakać.
-Lepiej uciekaj, bo nie wiem co ci zrobię.
-Lily, przecież wiesz, że to nie moja wina. To ten stary mugolski grat.
Prychnęłam.
-Masz różdżkę? - zapytał.
Wiedziałam, że muszę wyglądać na zaskoczoną. Różdżka. Zapomniałam o niej ! Została w moim samochodzie.
-Nie i zakładam, że ty też.
Potter kiwnął tylko głową.
-No to czeka nas noc w samochodzie.
-Noc... co? Nie ! Idziemy. - powiedziałam stanowczo i chciałam wyjść.
-Idziemy? Gdzie? Jest ciemno, a my jesteśmy otoczeni rozległymi łąkami i lasami. Nie wiem nawet gdzie iść. Uważam, że to zbyt wielkie ryzyko.
-No to co? Mamy tu czekać do rana? Ale po co ? - pisnęłam.
-Wolę iść w dzień. Jest widno na zewnątrz jak i w umysłach.
-Ty i te twoje złote myśli ! - warknęłam.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Ja byłam zła na niego, a on na mnie. Było bardzo ciemno, tak że ledwo go widziałam.
-Połóż się z tyłu, będzie ci wygodniej... - szepnął.
Nie chciałam go słuchać. Wiedziałam, że ma rację, ale po prostu byłam na niego tak zła, że postanowiłam go nie słuchać. On jednak, szybkim ruchem ręki, odpiął mój pas i przyciągnął do siebie.
-Jaka ty potrafisz być uparta- powiedział z niedowierzaniem.
Jego oczy były tak blisko, a usta jeszcze bliżej. Zamarłam. Czułam jego bicie serca, a on na pewno czuł moje. Delikatnie dotknął mojego policzka, a wtedy po prostu straciłam kontrolę. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej ( już chyba bliżej się nie dało) i pocałowałam go delikatnie. Poczułam jego ręce na moich policzkach. Swoimi oplotłam jego szyję. Złapał mnie delikatnie w pasie i posadził sobie na kolanach. Wciąż nie odrywaliśmy się od siebie.
Pocałunki stały się gwałtowniejsze. James począł wodzić rękoma po moim ciele, a ja nie pozostałam mu dłużna. Wsunęłam ręce pod jego koszulę.
Nie wiem ile czasu tak się całowaliśmy, ale w końcu oderwałam się od niego. Spojrzałam na niego - zrobiłam z jego włosów jeszcze większy bałagan niż jest normalnie, policzki miał zaróżowiałe, a koszulę rozchyloną. Ja nie wyglądałam lepiej. Gdzieś pod siedzeniem leżała jego bluza, ale mimo to nie było mi zimno. Ważne, że on był obok.
-James- szepnęłam.
-Kocham jak mówisz do mnie po imieniu - powiedział i pocałował mnie jeszcze raz.
James, James, James, James, James, James, James, James, James, James.
Miałam ochotę to wykrzyczeć !
***********************************************************************************
O matko. Patrzę i nie wierzę. Długi ten rozdział jak na mnie. Trochę skróciłam całe te święta itd. - uważałam to za mniej ważne i skupiłam się na zlocie czarownic :)
Nie wiem czy wam się spodoba, sama nie jestem pewna czy mi się podoba. Ale jest już po 23, oczy same mi się przymykają, a stwierdziłam, że dzisiaj koniecznie muszę dodać nowy rozdział. Myślę, że jutro zacznę pisać kolejny. Dopóki mam pomysły -działam.
Kocham was- tak, mówię prawdę - kocham każdego kto czyta tą historię. Cieszę się, że jesteście ! Dopóki będzie tu ktokolwiek, kto będzie chciał to czytać - będę pisać :)
Dziękuję za wszystko !
Lekko zmęczona, ale bardzo szczęśliwa -
Convaile :)
Jeszcze więcej Jamesa i Lily :)
OdpowiedzUsuńTak szczerze to nie wiem od czego zacząć. Rozdział podobał mi się strasznie straszliwie i ręce nadal trzęsą mi się z emocji. James wkurzył mnie na początku rozdziału, ale wybaczyłam mu, kiedy tylko porwał Lily na przejażdżkę i dał jej swoją bluzę. Rozumiem bronienie Lily Severusa, ale szkoda, że musiała się przez niego pokłócić z Jamesem- jednak wszystko wróciło do normy. Nasza słodka para znowu sobie przebaczyła, a ja tak się jaram, że... no chyba nie wyrobię. TO JEST GENIALNE!
OdpowiedzUsuńCzekam na Rozdział 20. Pozdrawiam :*
GENIALNE!
OdpowiedzUsuńCzekam na więcej,dodaj szybciutko nową notkę!
Lilka.
Myślę, że 20 rozdział będzie w ten weekend, ale nie powiem wam dokładnie kiedy :) Ciesze się, że wam się podoba ! :)
OdpowiedzUsuńCo do pierwszego anonima - jeszcze więcej Jamesa i Lily ? - robi się !